O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
1. Tullusion w sieci...
2. Strony znajomych
3. Polecane blogi
4. Dla purystów językowych
5. Przydatne adresy
Nie odkryłem jeszcze wszystkich kieszeni... |
poniedziałek, 07 marca 2011
Dywersyfikacja
No to będę się zbierał... W ramach multiplikacji zainteresowań i dywersyfikacji osobowości prawdopodobnie przeniosę lwią część aktywności do Wordpressa. Uwolnienie od bzdurnego ograniczenia ilości znaków w artykule jest tylko jednym z powodów.
Tym niemniej nie zapomnę o tym zakątku swoich myśli i będę go, mam nadzieję, odwiedzać regularnie. A tymczasem: http://tullusion.wordpress.com/ oraz http://figleustrojowe.wordpress.com/ Życzę miłej lektury (kiedy już rozruszam oba serwisy) i dużo zdrowia, także psychicznego. Będzie potrzebne, aby wytrwać w lekturze...
piątek, 14 stycznia 2011
Pada śnieg, pada...
Pod koniec listopada do Polski dotarła pierwsza tegorocznej jesieni fala mrozów, niedługo później spadł oczekiwany przez dzieciaki i jak zwykle zaskakujący drogowców śnieg. Drobiny białego puchu przykryły miękką kołderką świat i uświadomiły mi raz jeszcze, że codzienność zabieganych, zapracowanych ludzi jest tak naprawdę obrysowana nieskomplikowanymi zgoła, ascetycznymi wręcz konturami.
Śnieg upraszcza, to fakt. Otula szczelnie wszelkie nierówności terenu – te naturalne, i te zagospodarowane, przetworzone przez rośliny i zwierzęta, w tym człowieka. Tracą swoje „walory” wyszczerbione płyty chodnikowe, krzywo ułożone kostki Bauma, tartan czy sypki, śliski żwir. Znikają, jak ręką odjął, kłopoty z wystającymi zdradziecko korzeniami drzew. A wszystko to pod sztandarem bieli – najprzystępniejszego z kolorów, bo przecież niekiedy wcale go nie potrzeba, by zaistniał (ot, choćby na futrze ssaków mieszkających za biegunem polarnym). Zalegający na ulicach i ścieżkach biały puch narzuca ograniczenia dyspozycyjności przestrzeni i czasu. Ważne pozostają jedynie te ścieżki, udreptane przez dziesiątki stóp, bez których niemożliwe byłoby dotarcie do domu albo miejsca pracy, lub spełnienie innych kluczowych funkcji społecznych. Spłaszcza się przestrzeń dostępna środkom lokomocji, a mniej uczęszczane drogi zostają po prostu zapomniane. Sieć połączeń komunikacyjnych zaczyna przypominać wewnętrzny ustrój istot żywych, ukształtowany przez naturę przez pryzmat maksymalnej użyteczności. Cudowna złożoność organów wewnętrznych służy przecież utrzymaniu najważniejszej dla nas wartości i najprostszej do wyobrażenia – życia… Prostota cechuje również sam proces, w wyniku którego powstaje śnieg. Ot, zwykły opad atmosferyczny, tyle, że zmrożony. Dopiero pod lupą kryształki lodu odkrywają swoje prawdziwe oblicze. Zadziwiające bogactwo zdobień, powstałych wokół mikroskopijnych drobin materii (na przykład pyłku kwiatów czy kulek kurzu), na których rozpoczęła się kondensacja wody, a następnie krystalizacja, to wirtuozeria, o który mógł pokusić się tylko najgenialniejszy artysta – natura. Święty Tomasz z Akwinu uważał, że prostota jest na gruncie epistemologii, czyli nauki o poznaniu rzeczywistości, pierwiastkiem boskiego pochodzenia. Wszechmogący był nieskończenie prosty, świat został stworzony na jego podobieństwo, zaś ludzie, aby uszczęśliwić siebie i innych, powinni uczynić swoje życie jak najmniej skomplikowanym. Pogląd ten oparł na koncepcji prawa boskiego i wiecznego, którego emanacją i odbiciem było najwyższe prawo ziemskie, prawo natury. Jego zdanie podzielał Paulo Coelho, który w „Czarownicy z Portobello” napisał, że „wielkość Boga objawia się w rzeczach prostych”. Mikołaj Gogol w jednym ze swoich listów wspomniał, iż prawdziwa wielkość ubrana jest w prostotę. Myśli Tomasza z Akwinu wcieliła w czyn inna świetlana postać Kościoła Katolickiego, której losy odnaleźć można w hagiografii, żywotach świętych – Franciszek z Asyżu. Ów średniowieczny misjonarz, poświęcając swoje życie umiarowi odkrył, że roztropność, doświadczenie życiowe i bezwarunkowa miłość do istot żywych grają o wiele piękniejszą muzykę duszy niż zachłanność, egoizm i żądze materialne, które nieubłaganie prowadzą do beznadziejnego uwikłania w ciasne pęta życia doczesnego. Dzięki temu zdołał odnaleźć wspólny język z wszelkim stworzeniem żyjącym na Ziemi i, co najważniejsze, zrozumieć to, co pragnęło mu przekazać. Prostota, jako antyteza złożoności, skomplikowania, wzbudza w środowisku kulturalnym dysonans – od uwielbienia bohemy, żyjącej z typową dla niej wystawną dezynwolturą, podziwu naturalistów, szukających w przyrodzie odbicia form idealnych i jak najprostszych, oraz fascynacji poetów, po skrajny sceptycyzm początkujących adeptów sztuk i nauk, surowo oceniających bezpretensjonalny styl jako pozbawiony wartości artystycznych (ot, grzechy młodości, która mierzy siły na zamiary i chciałaby wziąć za bary i zrzucić z piedestału cały górujący nad nią panteon literatów i artystów...). Mimo pozorów, w istocie – prostota jest trudna do osiągnięcia, co najlepiej obrazuje powyższe zdanie, obawiam się, że nazbyt pogmatwane. Poetami, którzy osiągnęli mistrzostwo w prostocie formy, byli ks. Jan Twardowski, a nade wszystko – szacowna noblistka, Wisława Szymborska. Oni udowodnili, że aby pisać pięknie, nie trzeba szermować trudnymi do zrozumienia terminami, że bagaż językowy, znaczeniowy, aksjologiczny, jaki wytworzono przez pokolenia może stać się zbędnym balastem. Ba, że nie potrzeba nawet rymów! Bo przecież bezludne wyspy, na których wszystko się wyjaśnia, rosną drzewa Słusznego Domysłu o rozwikłanych gałęziach oraz olśniewająco proste drzewa Zrozumienia są w gruncie rzeczy najmniej przyjaznym miejscem na świecie. Dlatego, że natłok spraw prostych niechybnie spowoduje przeciążenie i splątanie w złożoność – i pogorszy stan rzeczy, zamiast go poprawić. Sam śnieg pojawia się w utworach literackich nader rzadko, przeważnie jako rekwizyt (jak u A. Milnego albo w Ewangelii według świętego Mateusza). Wysuwa się jednak na pierwszy plan w twórczości choćby Bolesława Prusa czy Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Motyw śniegu pojawia się u Prusa w „Kamizelce”, będąc ewokacją szufladkowej kompozycji utworu (to znaczy takiej, w której dany wątek raz za razem powraca do głównego nurtu opowieści, symbolizując upływ czasu i podkreślając zmiany, jakie zaszły między kolejnymi jego wystąpieniami), a ponadto daje nadzieję na katharsis, oczyszczenie. Z kolei u Baczyńskiego śnieg jawi się jako niemy obserwator postępującej agonii świata, a zarazem pierwszy przewodnik po świecie, w którym nie słychać już huku wybuchających bomb ani brzęku kul uderzających o sklepienia murów – istnieje tylko Bóg. Warto jednak wychodzić poza tradycyjnie pojmowaną dychotomię „złożoność-prostota”. Terminy te nie muszą być zawsze przeciwstawne; mogą wzajemnie się dopełniać, w innych wypadkach z jednego z nich wynika drugi, wchodząc na przykład w układ środek-cel. Znajduje to swoje zaskakujące odzwierciedlenie w dziedzinach nauki, po których byśmy się tego zupełnie nie spodziewali. Wielkim zwolennikiem prostoty był choćby Albert Einstein. Fizyk, którego dokonania dla przeciętnego umysłu wydają się wręcz niepojęte, wielokrotnie stwierdzał, iż wszystko trzeba robić tak prosto, jak to tylko jest możliwe, ale nie prościej. „Jestem przekonany – zwykł rzec – że życie proste i skromne dobrze służy każdemu, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym”. W taki sposób prostota staje się motorem postępu, ale w zrelatywizowanym stopniu – „tyle prostego, ile to możliwe, tyle skomplikowanego, ile to konieczne” (co ciekawe, użyłem tutaj trawestacji określenia dziewiętnastowiecznego liberalizmu – czy można więc wyciągnąć wniosek, że i jemu patronowała prostota?...). Gdy piszę te słowa, w Warszawie od kilkudziesięciu godzin odwilż zabiera ze sobą resztki sczerniałego, zakrzepłego śniegu. Powoli odsłania się wszystko to, co widoczne na co dzień – a nawet więcej, pozostawione przez pieski. Lud boży oddycha z ulgą, rozłazi się po chodnikach, wdeptuje tam, gdzie zapewne by nie chciał i traci kolejną szansę na refleksję nad sobą. Natura zaś cierpliwie poczeka na następną okazję. Nie kalkuluje, nie piętrzy nad sobą planów. Wie, że – jak napisał William Golding – „największe umysły cechuje prostota”.
sobota, 10 kwietnia 2010
Tragedia
Brak słów, by wyrazić ogrom tragedii, która spadła na nas wszystkich, na Polaków, dwa kilometry od Smoleńska. Zapalmy świeczkę tym, którzy zginęli, mimo że nie musieli być to ludzie, którym w normalnych warunkach podalibyśmy rękę. Ale to nie są "normalne warunki". Składam najszczersze i najgłębsze kondolencje rodzinom ofiar i mam nieśmiałą nadzieję, że mój głos do nich dotrze...
środa, 28 października 2009
Kuj żelazo, póki... póki?
Którego dnia Bóg stworzył kujonów?...
Usiadłem sobie wygodnie przed filiżanką herbaty w jednej z warszawskich uroczo przyciasnych kawiarenek, aby rozważyć powyższe pytanie w oparach gorącego wywaru. Problem z pozoru błahy i prozaiczny, a jednak włażący jakoby drzazga w miękkie śródstopie studenckiej egzystencji, jeżeli pozwolą Państwo posłużyć się tak niezdarną metaforą.www Kujoństwo istniało, jest i znajdzie swój koniec prawdopodobnie wraz z generalnym Wielkim Kolapsem gatunku ludzkiego. Postrzeganie codziennej nauki (nie w sensie abstrakcyjnym, jako całości obszaru badawczego pewnej dziedziny, ale codzienności przebijającej w żmudnym procesie przyswajania wiedzy) przez pryzmat rywalizacji stawia pytanie oczywiste - jaki jest cel tego wyścigu? Warunkowany przez indywidualne preferencje, jest zgoła nieprzystający do jakiejkolwiek jedno-jednoznacznej definicji. Dlatego w kujoństwie najważniejsze zaiste jest nie przeznaczenie, a sama czynność. Matrycą teleologiczną w tym przypadku jest sam środek, sposób. Pryncypium to zawiera aliści jeden podstawowy błąd metodologiczny, dzięki pomocy którego bardzo łatwo rozróżnić kujona od typowego, a niekiedy - wręcz wzorcowego studenta. Pierwsza grupa czyta, aby wiedzieć, druga natomiast wie, co czytać (aż chciałoby się rzec: dzięki wszczepionemu światłu rozumu...). I na tym zasadza się zasadniczy prymat zdrowego podejście do edukacji akademickiej, któremu hołdowałem i nie zamierzam się wyrzekać, mimo podwojonych obowiązków. Jednego jestem pewien - kujoni nie zostali powołani do życia i działania przez Wszechmocnego w pierwszym tygodniu kreacji. Osobiście jestem ciekaw, jak mocno pierwsze dwie sesje zweryfikują moje dzisiejsze, mocno buńczuczne spostrzeżenia. ;)
poniedziałek, 05 października 2009
Ups.
To był upojny, wielokrotny seks. Ona straciła dziewictwo i zahamowania moralne, on zaś – cztery kilogramy oraz władzę we własnym ptaszku. Nad ptaszkiem zresztą także.
Zyskał o wiele więcej. Wiarę we własnego ptaszka. Noc była gorąca, letnia. Brudna, lepka, rozwłóczona na wszystkie strony, porozrzucana na cztery strony świata. Takie noce są powszechnością w akademikach, w chwilach, gdy nie starcza miejsca w niewielkiej studenckiej klitce na odrzucenie odzieży z odpowiednim rozmachem właściwym kochaniu wkraczającym w swoje najbardziej fizyczne stadium. Uważny obserwator dostrzec mógłby ciemnobrunatną, nieruchomą plamę w jednym z kątów pokoju. Kiedy tuż obok niej wylądowała, przywiana podmuchem namiętności, koszula błękitna od Cardina (jedyna w posiadaniu delikwenta) z szerokim kołnierzykiem i niewielkimi guziczkami w kolorze ściętej jesienią sosny, cień zafalował niespokojnie. Po chwili, jeszcze bliżej, spadły, niczym dojrzały owoc, majtki kobiece. Ciemność zatrzymała się pomiędzy dwoma rodzajami odzieży, jak gdyby w nerwowym zawahaniu, a następnie rozmyła się, jakby rozwiana w powietrzu. Wraz ze majtkami. Wróćmy jednak do naszych ożywionych bohaterów, w obecnej chwili zajętych rzeczami mało ważnymi – bo jak wiadomo, wszystko, co dzieje się pomiędzy kolejnymi rundami starcia dwóch ciał w lubieżnie miłosnych zapasach: odpoczynek, konsumpcja, ablucja, rozmowa, dylematy etyczne, jest w zupełności zbywalne i całkowicie nieistotne. Oboje byli świeżo upieczonymi studentami, właściwie jeszcze bez indeksów. Połączył ich przydział zakwaterowania w tym samym akademiku, znajomość scementował fakt posiadania odmiennych organów płciowych. Wzajemnie podnieceni cudowną złożonością ich funkcjonowania zagubili się w badaniu ich reakcji bezprzytomnie, nie dbając o upływ czasu, niedokładnie zasunięte żaluzje oraz natarczywe odgłosy chrapania, dobiegające zza cienkiej ściany oddzielającej ich od lokatora, który ten właśnie pełen magii moment wybrał sobie na zmrużenie oczu. Jego nazywano „perspektywicznym”. Ją… prawdę mówiąc nic o niej nie wiedział, poza tym, że jej biust idealnie wpasowuje się w miskę jego dłoni, a także, że jest bardziej miękki niż to sobie wyobrażał. Odkrycia te nie poprawiły mu humoru – był już w najweselszym z możliwych nastrojów od wielu lat – nieprzerwanie, permanentnie. Jego optyka nie obejmowała jakichkolwiek spraw wymagających załamania rąk, pogorszenia nastroju czy też szeroko pojętego „smutku”. Terminy te nie znalazły się w żadnym z dotychczasowych wydań jego prywatnego leksykonu. Natomiast określenia związane z czynnościami na tle seksualnym doczekały się własnego rozdziału – z wyjątkowo nieprzyzwoitym aneksem, spisanym na kolanie owego buzującego testosteronem i estrogenem wieczoru. Próg pierwszy opowiadanka - pytanie: czy ciągnąć je dalej?...
sobota, 25 kwietnia 2009
Ręka wyciągnięta... nie w próżnię
Czasami warto się zatrzymać, opuścić gardę, ominąć coś, na czym może zależeć, w imię międzyludzkiej solidarności - i zwykłej bezinteresowności. Nie oczekiwać zapłaty, czy też oklasków, które skonsumowałyby trudy improwizacji. Napięty terminarz zmusił mnie wraz z kolegą z liceum, a teraz uczącym się na wspólnym wydziale, imiennikiem moim Marcinem, do pospiesznego truchtu zatłoczonym i nierównym chodnikiem ul. Świętokrzyskiej w Warszawie. Pół godziny i kawał miasta do przebycia, aż na peryferia ul. Banacha... Pędziliśmy na złamanie karku, kiedy raptownie... wszystko się odmieniło. Niewidomy mężczyzna poprosił mnie o pomoc. Ująlem go za rękę i powoli, bez wysiłku, prowadziłem w kierunku metra, dokąd pragnął dojść. Usłyszał naszą rozmowę o Piłsudskim, dołączył swój głos: okazało się, że studiuje dziennikarstwo, był na trzecim roku. Krok po kroku, szliśmy, omijając gęsto rozstawione słupy, prowadząc ożywioną dyskusję o kobietach Komendanta, a czas nieubłaganie płynął. Spóźniłem
się. Dostałem burę, z której, na szczęście, się wykaraskałem. Ale cóż
mogła znaczyć nawet najpotworniejsza nagana wobec wewnętrznego
szczęścia, które jak balsam, zalało serce?
Pół roku później chłopak wystąpił w telewizji, niestety, w roli tragicznej. Filip Zagończyk, bo to jemu, jak się okazało, wówczas pomogłem, wpadł pod nadjeżdżający wagon metra w wyniku nieprawidłowo dostosowanej dla potrzeb niepełnosprawnych sygnalizacji braku oznaczeń dla niewidomych.. Śledziłem jego losy z uwagą, od momentu otrzymania tej wstrząsającej wieści, aż po połowicznie szczęśliwy (bo chociaż z amputowaną nogą, to jednak zachowanym życiem) powrót do Polski. Ta sytuacja pokazuje nam, jakże niedużym kosztem można uczynić nasz świat odrobinę lepszym. „I przysługa niekiedy może być radością, jeżeli z serca, nie z kiesy wynika”, rzec można, mocno trawestując słowa twórcy polskiej szkoły satyrycznej Ignacego Krasickiego. Co ciekawe, przejawy bezinteresownej, samarytańskiej pomocy można spotkać nie tylko w filiach wielkich organizacji humanitarnych pokroju Caritasu, Czerwonego Krzyża czy zespołu firm założonych pod patronatem nieżyjącego już Marka Kotańskiego. Omnipotencja dobra tkwi w każdym z nas, we mnie, w Tobie, w Twojej rodzinie i przyjaciołach. Zazwyczaj uwalniana jest w przełomowych momentach dziejowych i służy masowej odtrutce moralnej (ostatni tak silny wybuch zanotowany został po śmierci Jana Pawła II, a objawił się chociażby krótkotrwałym, ale jednak - pojednaniem kibiców wrogich sobie drużyn piłkarskich w Krakowie). Ale niezużyte, a przez to niezbadane pokłady wsparcia dla drugiej osoby spoczywają w każdym człowieku - i czekają na uwolnienie, na czynnik katalizujący. Bo również i takiej scenki byłem mimowolnym świadkiem. Wokół mnie typowy śródmiejski kociokwik. Przedzieram się ulicą Świętokrzyską w gęstniejącej ciżbie ludzkiej, a nade mną zwierają się dachy podniszczonych warszawskich budowli, przykryte brezentem ze stygnących kropel, pozostałości po wiosennym dżdżu. Przede mną dumnie kroczą finansiści, studenci, dostojna matrona z wrzeszczącym bachorem w wózku oraz dwóch dresików. Standardowych. Wtem dostrzegam w oddali starowinkę. Pozornie wygląda normalnie, niczym zwykły przechodzień. A jednak, zauważyłem, że prosi ludzi o pieniążek na zupę. Pokonując dzielący mnie od niej dystans zauważam dysonans w jej ubraniu - płaszcz przykrywał wytarte łachmany... I któż ją wspomógł? Nie bankierzy, ani nie studenci, również matka z dzieckiem obojętnie przeszła obok. Jeden z dresów atoli nachylił się, wcisnął jej w drżącą lekko dłoń pięć złotych, w dodatku - z uśmiechem. Ze szczerym uśmiechem. Od tej pory patrzę na tę subkulturę nieco uprzejmiejszym wzrokiem...
niedziela, 12 kwietnia 2009
Dlaczego kocham Tatry
Kocham Tatry za ich nieprzewidywalność. Za ten dreszczyk emocji każdego ranka tuż przed wyjrzeniem przez okno w stronę nieodległych szczytów – będę się dziś na nie wdrapywać czy obejdę się smakiem? A zresztą wysokości względne pozwalają nawet i w brzydkiej aurze szukać pozytywów – niejednokrotnie gruba powała chmur zalegała na piętrze regla górnego, powyżej zaś prażyło przepięknie słońce. O sile wyrazu i urodzie zdjęć wykonanych z wykorzystaniem kontrastu tej wilgotnej otuliny nadmieniać chyba nie muszę (zerknij drogi czytelniku na fotografię „Pośród mgieł Mrocznej Puszczy” Samuela). Kocham Tatry za ich położenie. Regiony Spiszu, Liptowa i Orawy to prawdziwe tygle kulturowe, z konglomeratem wpływów słowackich, polskich, węgierskich, niemieckich i austriackich. Ludzie tutaj są nie tylko rozmowni, ale i zupełnie nie po ludzku przemili: kelnerka w restauracji zawsze pogłaszcze po włosach, ukradkiem przyniesie dodatkowy smakołyk, kierowca doradzi najlepszy wariant dojazdu (przydatne zwłaszcza, kiedy zgubimy się gdzieś pośród dziesiątków pagórków Niskich Tatr Liptowskich), kontroler w kolejce elektrycznej zrozumie nasz niebywale złożony problem z właściwym skasowaniem biletu; nawet Rumuni, zwarta, choć wyalienowana od rdzennych mieszkańców mniejszość, nie sprawiają kłopotów – a ich spożywcza ki są czynne najdłużej. Kocham Tatry za ich przyrodę. Za niesiony głębokim echem odległy stukot kopyt w Dolinie Wyżniej Chochołowskiej, zwiastujący chyżo przemieszczający się kierdel kozic. Za odciśnięte w błotku szerokie ślady niedźwiedzia gwarantujące natychmiastowy skok adrenaliny. Za tę rzadką możliwość natknięcia się na lekko zdezorientowanego świstaka, zaskoczonego moim raptownym przybyciem. Za krzyk bielika, krążącego wokół wyłomu gdzieś wysoko nad głowami wchodzących w skałę wspinaczy. Za endemity, których w Tatrach nie brakuje – i które można zbadać empirycznie, nie tylko macając atlas bądź przewodnik Józefa Nyki… Za te niespodzianki, fundowane przez naturę nagradzającą wytrwałość, ale i surowo karzącą każdego, kto się z nią spoufali. Z pewną melancholią przypomina o tym symboliczny cmentarz pod Osterwą, gdzie dusze żywych przemykają wśród kamieni należących do tragicznie zmarłych, którzy szepcą wyrytymi w granicie literami z głębin cieni buczyny: „wolnego, kolego, bez zgubnego pośpiechu…”. Kocham Tatry za ich spokój, za wszechogarniającą wędrowca melodię ciszy i „mgieł nocnych”, jak to ładnie określił poeta Tetmajer, siedząc sobie nad Czarnym Stawem Gąsiennicowym. Na całym odcinku długiego, często kilkunastokilometrowego szlaku można nie spotkać żywej duszy. Komfort nieskażonej człowiekiem samotności jest największy w Zachodnich Tatrach Słowackich, ale i w Wysokich zdarzała mi się taka sytuacja – zwłaszcza jesienią, chyba najpiękniejszą porą roku w górach. Każde spotkanie z drugą osobą zamienia się w małe święto: rytuał pozdrowienia, pytania o drogę, pogodę, ciekawostki ze szlaku, czasem przeradzające się w dłuższą pogawędkę… nierzadko w wielu językach. Nie zapomnę swojej konwersacji o kwiatkach i śniegu, toczonej z pewną Francuzką tuż ponad nabrzmiałą śniegiem siklawą na zakosie wiodącym do wrót Doliny Wielickiej. Tatry niepostrzeżenie integrują i europeizują… Kocham Tatry banalnie – za widoki. Za to, że nagroda niemal zawsze jest adekwatna do włożonego w podejście wysiłku, a hektolitry wylanego potu są premiowane chwilami absolutnej satysfakcji. Żmudne podejście od Doliny Kościeliskiej skutkujące wyjściem na widokowy upłaz Ciemniaka, pierwszego z Czerwonych Wierchów, czy też forsowną marszrutę na stok Skrajnego Soliska, by z wierchu popodziwiać szarzejące w promieniach szczyty Szatana, Grani Baszt czy Krywania. Sto pięćdziesiąt metrów biegu po ułożonych stopniami kamykach w cieniu olbrzymiego Gerlacha, by za progiem delektować się powabem prawdziwej, przebogato ukwieconej łąki zwanej Wielickim Ogrodem. Warto nawet przecierpieć znój wyścigu do kolejki do kolejki na Łomnicę – by zastać tam panoramę, którą możecie obejrzeć na dole stronicy. Także nasze polskie Tatry skrywają mnóstwo magicznych miejsc, gdzie czas zatrzymał się na wieki w godzinie młodości. Zachęcam wszystkich do poszukiwań. Jestem pewien, że Tatry znajdą swoje miejsce w niejednym jeszcze sercu…
czwartek, 05 marca 2009
Góry magiczne
Już od prapoczątków ludzkości, właściwie od kiedy daleki przodek homo sapiens sapiens uzyskał w procesie ewolucji własną tożsamość oraz zdolność wyrażania swoich myśli za pomocą odpowiednio spreparowanych narzędzi, człowiek związał na trwałe swój los z górami.
wtorek, 03 marca 2009
niedziela, 09 listopada 2008
"Łowcy przygód". Zainspirowane pewnym durnym wstępem do przygody na jednej ze stron
Agghagghrathuiyovallakhestr czuł się niepewnie. Dawno, dawno temu jakiś
dziwny stwór przyczepił mu dziwną tabliczkę z dziwnym napisem. Jako że
nie umiał czytać, poprosił pierwszą dziwną osobę, która weszła do
dziwnego budynku, aby powiedziała mu, co też dziwnego jest tam
nagryzmolone.
"Upośledzony umysłowo pracownik krasnoludzkiej księgarni z trójręcznym toporem", usłyszał. I wtedy poczuł się dziwnie dumny. Nie wiedział wprawdzie, czym jest owa dziwna "księgarnia" i po raz pierwszy usłyszał nazwę "topór". Uprzejmy gość wytłumaczył mu, że to jest to "rębu rębu", które chowa za pasem. Agghagghrathuiyovallakhestr uśmiechnął się promiennie, prezentując swój dziwny garnitur zębów złożony z 2,498 egzemplarzy. Od tej pory starał się być wzorowo upośledzonym umysłowo (skoro to było pierwsze, to znaczy, że chyba najważniejsze, nie?). Codziennie otrzymywał dziwną miskę puddingu od dziwnego, dużego, łysego krasnoluda opatrzonego tabliczką "Sulio, zamknij ten wątek!". W zamian kazano mu wykonywać różne czynności: "stać w miejscu", "stać w kącie", "nie ruszać się", "siedzieć na czterech literach" tudzież "spadać do domu, bo się wkurzę". Agghagghrathuiyovallakhestr starał się realizować je sumiennie. Lubił pudding. Pewnego dnia jego życie uległo dziwnej i diametralnej odmianie. Dostał "depeszę". Na szczęście księgarz po dłuższym, dziwnym milczeniu powrócił do znajomego mu języka i stwierdził, że w trybie natychmiastowym (i znów te obce słowa!) musi wskoczyć do łodzi i pożeglować na dziwną, nieznaną wyspę. Mają w pamięci fakt, że często był przedstawiany jako "ty chyba z jakiejś dziwnej, nieznanej wyspy pochodzisz, tłumoku!", uznał, że to dobra okazja, by spotkać się z mamusią. Miał też nadzieję, że wreszcie uda mu się zrealizować największe marzenie życia... Zawrzeć związek małżeński z naturalizowaną elfką blondyneczką. Lubił ten dziwny kolor, przypominał mu pudding. Płynęli już dziwnie długo. Agghagghrathuiyovallakhestr nie wiedział jak długo, ale pewien osobnik imieniem Vinrael odpowiedział mu, że dziwnie długo. Karmił właśnie wszy na pępku, kiedy okrętem zatrzęsło. Krasnolud stracił przytomność. Obudził się na dziwnej, nieznanej wyspie. - Ojej, jestem w domu! - ucieszył się, kamieniejąc dziwnie ze szczęścia. Skondensowane w jego czaszce dziwne uczucia szukały dróg ujścia, emitując coraz intensywniejsze światło. Agghagghrathuiyovallakhestr zaczął dygotać. Obok niego materializowała się powoli karłowata hipopotamiczka w jasnej, blond peruce...
sobota, 08 listopada 2008
"Tryptyku głupców" ciąg dalszy
No tak, musiałem go spotkać, psia mać.
Sześć miliardów ludzi mamy na Ziemi, a to właśnie on musiał się
napatoczyć na mnie. I to jeszcze w tym, kacza mać… centrum handlowym z
diablej łaski chyba. No, albo z Bożej niełaski… Tak, to nawet bardziej
prawdopodobne. Cholera… Psia mać nazywał się Konstanty i miał niewątpliwą przyjemność (czyniąc ją zarazem moim nieszczęściem) chodzić ze mną do licealnej klasy. Za nieuzasadnione prawo do troglodyckiej egzystencji w moim pobliżu wziął moją własną, może trochę pechowo realistyczną, symulację podpowiedzi podczas rutynowego sprawdzianu z pracy domowej. Mea culpa, mea pulpa. Mać. I od tego momentu stał się rzepem na moim metaforycznym ogonie. Dziurą w palcie. Gwoździem w oponie. Martwym pikselem na ekranie. Irytującym zwierzakiem naruszającym moją przestrzeń osobistą myślą, mową i uczynkiem. Żyjąc na obrzeżu klasy z oczywistych względów, upatrzył mnie sobie jako, hm… deskę ratunku? Brzytwę tonącego? Boję, rzuconą ze statku pasażerskiego? A może po prostu specjalnie zatruwał mi życie swoją osobą (w już niemal zaczynałem wierzyć)? Jego życiowym sukcesem było, jak dotąd, zostanie potrąconym przez auto prowadzone ręką pewnej znanej aktorki. Nawiasem mówiąc, pozostałe jego kontakty z samochodami ograniczały się do przebiegania im drogi na co ruchliwszych arteriach miasta. Nic się nie zmienił w ciągu tych kilku lat. Rzadkie, ucięte tuż pod uszami i nieco króciej na grzywce blond włosy wpadały do wodnistych, wąskich szafirków oczu mimo rozpaczliwych interwencji rzęs i powiek. Błyszczący potem symetryczny owal twarzy, zaczerwieniony lekko niczym kotlet schabowy posypany sproszkowaną papryką, skłaniał się ku mnie całym majestatem wypukłego, haczykowatego orlego nosa; miałem wrażenie, że nie dość dokładnie wytartego. Jego usta… Dychotomia. Miał usta zupełnie niepasujące do niego; nie wiem, skąd je ukradł. Mięsiste, wydatne, ale z umiarem; zaróżowione jak pupcia niemowlęcia, mięciutkie jak kaczuszka, połysk jedwabiu, tirli tirli, jakie słodziutkie. To mnie fascynowało od pierwszego spotkania, psia jego… Konstanty skręcił w węższą, odchodzącą od głównej, alejkę. Pobiegłem za nim co tchu, w rozwianym na wietrze prochowcu, klapiąc drobnymi mokasynami o twardą, granitową posadzkę. Jego bekonowa posturka przybliżała się w rytmie wybijanych kroków. W rozpędzie trafiłem barkiem w jakąś smutną kobiecinę, uginającą się pod ciężarem siatek z zakupami. Nieważne. Biegłem. I w końcu dobiegłem. Konstanty odwrócił się do mnie zdziwiony. Z buzi sterczał mu lizak. Mimo nieodpartej ochoty, nie powitałem go cytatem z Lecha Kaczyńskiego z jednym z jego „dziadów” – wyborców w roli głównej. O nie… Nie dałem po sobie poznać, że się zdyszałem tą przebieżką. Przybrałem dumną pozę i z marsową miną wyrzekłem dumnie: - A idź się utop. I odszedłem. Nie będę zadawać się z plebsem. Psia jego mać…
czwartek, 23 października 2008
Recenzja płyty
A teraz czas na gwóźdź programu, prawdziwy diament w swojej branży. Czy znacie państwo płytę, która byłaby w stanie ukołysać do snu leżącego w wózeczku malucha? A płytę słuchaną codziennie przez – bagatela! – miliony ludzi, wystukujących własnymi stopami podyktowany uprzednio rytm? A może taką, która mimo brudnych plam po ketchupie i rozprysków piwa, wbrew wielokrotnym paskudnym zabrudzeniom części, a nawet całej powierzchni nadal będzie wzorowo spełniać swoją funkcję? Mnie udało się znaleźć takie cudeńko.
Zrecenzować chciałbym najświeższe dzieło produkcji Marbetu, młodego, lecz ambitnego składu rodem z Bochni. Chociaż trudno nazwać ich debiutantami, dopiero teraz zwróciłem baczniejszą uwagę na tych utalentowanych chłopaków z Małopolski, chociaż trzeba przyznać, że nie bez powodu. Ich płyta, rozchodząca się jak ciepłe bułeczki, wnosi powiew świeżości w skostniały ostatnim czasem rodzimy rynek, głównie dzięki walorom artystycznym, ale także solidności samego wykonania. Ogrodzony od wszędobylskich partaczy, kierujących się w postępowaniu zasadami czystej komercji, wydaje się Marbet impregnowany na rozchwiane trendy oraz sezonowe mody i módki. Dźwięki mają surowy, lekko „betonowy”, jeżeli można tak to wyrazić, charakter, ale są jednoczenie bardzo ciepłe i miłe dla ucha. Siedem kompozycji różni się delikatnie brzmieniem, ale wynika to, moim zdaniem, z samego układu kawałków. Wśród nich znalazłem zarówno przebojową „wejściówkę”, przez którą każdy przebiegnie z uśmiechem na twarzy, jak i monumentalny, dekoracyjny wręcz twór zadający ważne pytania o słuszność obieranych dróg życiowych, obok którego nikt obojętnie nie przejdzie. Jest także rezultat całkowitej improwizacji twórczej, muszę przyznać, że całkiem udany. Ostatni, elewacyjny w pewnym sensie kawałek, swoim układem zmusza do refleksji i zastanowienia się nad sensem ludzkich kroków i poczynań w dzisiejszym świecie. Zdecydowanie wyróżniłbym Marbet za różnorodność kompozycji, jak również za wysoki poziom wykonania. Pozytywnie zaskoczyła mnie także różnorodność wydań. Dostępne są trzy warianty wierzchów: żółty, czerwony i brązowy. Do wyboru, do koloru. Nienaganna forma płyty zwraca uwagę i ogniskuje wzrok właśnie na efekcie pracy chłopców z Bochni. Ja sam dałem się skusić i nie żałuję, z czystym sumieniem przeto polecam ją Tobie, drogi czytelniku. Zapomniałbym powiedzieć – to płyta chodnikowa. Utwór na dziś: Neil Zaza - I'm Alright | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||