Zapis luźnych spostrzeżeń i sugestii. Chorych, postrzępionych, rozwlekłych.
Kącik Pikassa


Locations of visitors to this page
web tracker
Click to view my Personality Profile page



Status gg...
Nie odkryłem jeszcze wszystkich kieszeni...
środa, 28 października 2009
Kuj żelazo, póki... póki?
Którego dnia Bóg stworzył kujonów?...

Usiadłem sobie wygodnie przed filiżanką herbaty w jednej z warszawskich uroczo przyciasnych kawiarenek, aby rozważyć powyższe pytanie w oparach gorącego wywaru. Problem z pozoru błahy i prozaiczny, a jednak włażący jakoby drzazga w miękkie śródstopie studenckiej egzystencji, jeżeli pozwolą Państwo posłużyć się tak niezdarną metaforą.www

Kujoństwo istniało, jest i znajdzie swój koniec prawdopodobnie wraz z generalnym Wielkim Kolapsem gatunku ludzkiego. Postrzeganie codziennej nauki (nie w sensie abstrakcyjnym, jako całości obszaru badawczego pewnej dziedziny, ale codzienności przebijającej w żmudnym procesie przyswajania wiedzy) przez pryzmat rywalizacji stawia pytanie oczywiste - jaki jest cel tego wyścigu? Warunkowany przez indywidualne preferencje, jest zgoła nieprzystający do jakiejkolwiek jedno-jednoznacznej definicji. Dlatego w kujoństwie najważniejsze zaiste jest nie przeznaczenie, a sama czynność. Matrycą teleologiczną w tym przypadku jest sam środek, sposób.

Pryncypium to zawiera aliści jeden podstawowy błąd metodologiczny, dzięki pomocy którego bardzo łatwo rozróżnić kujona od typowego, a niekiedy - wręcz wzorcowego studenta. Pierwsza grupa czyta, aby wiedzieć, druga natomiast wie, co czytać (aż chciałoby się rzec: dzięki wszczepionemu światłu rozumu...). I na tym zasadza się zasadniczy prymat zdrowego podejście do edukacji akademickiej, któremu hołdowałem i nie zamierzam się wyrzekać, mimo podwojonych obowiązków. Jednego jestem pewien - kujoni nie zostali powołani do życia i działania przez Wszechmocnego w pierwszym tygodniu kreacji.

Osobiście jestem ciekaw, jak mocno pierwsze dwie sesje zweryfikują moje dzisiejsze, mocno buńczuczne spostrzeżenia. ;)
poniedziałek, 05 października 2009
Ups.
To był upojny, wielokrotny seks. Ona straciła dziewictwo i zahamowania moralne, on zaś – cztery kilogramy oraz władzę we własnym ptaszku. Nad ptaszkiem zresztą także.

Zyskał o wiele więcej. Wiarę we własnego ptaszka.

Noc była gorąca, letnia. Brudna, lepka, rozwłóczona na wszystkie strony, porozrzucana na cztery strony świata. Takie noce są powszechnością w akademikach, w chwilach, gdy nie starcza miejsca w niewielkiej studenckiej klitce na odrzucenie odzieży z odpowiednim rozmachem właściwym kochaniu wkraczającym w swoje najbardziej fizyczne stadium.

Uważny obserwator dostrzec mógłby ciemnobrunatną, nieruchomą plamę w jednym z kątów pokoju. Kiedy tuż obok niej wylądowała, przywiana podmuchem namiętności, koszula błękitna od Cardina (jedyna w posiadaniu delikwenta) z szerokim kołnierzykiem i niewielkimi guziczkami w kolorze ściętej jesienią sosny, cień zafalował niespokojnie. Po chwili, jeszcze bliżej, spadły, niczym dojrzały owoc, majtki kobiece. Ciemność zatrzymała się pomiędzy dwoma rodzajami odzieży, jak gdyby w nerwowym zawahaniu, a następnie rozmyła się, jakby rozwiana w powietrzu. Wraz ze majtkami.

Wróćmy jednak do naszych ożywionych bohaterów, w obecnej chwili zajętych rzeczami mało ważnymi – bo jak wiadomo, wszystko, co dzieje się pomiędzy kolejnymi rundami starcia dwóch ciał w lubieżnie miłosnych zapasach: odpoczynek, konsumpcja, ablucja, rozmowa, dylematy etyczne, jest w zupełności zbywalne i całkowicie nieistotne. Oboje byli świeżo upieczonymi studentami, właściwie jeszcze bez indeksów. Połączył ich przydział zakwaterowania w tym samym akademiku, znajomość scementował fakt posiadania odmiennych organów płciowych. Wzajemnie podnieceni cudowną złożonością ich funkcjonowania zagubili się w badaniu ich reakcji bezprzytomnie, nie dbając o upływ czasu, niedokładnie zasunięte żaluzje oraz natarczywe odgłosy chrapania, dobiegające zza cienkiej ściany oddzielającej ich od lokatora, który ten właśnie pełen magii moment wybrał sobie na zmrużenie oczu.

Jego nazywano „perspektywicznym”. Ją… prawdę mówiąc nic o niej nie wiedział, poza tym, że jej biust idealnie wpasowuje się w miskę jego dłoni, a także, że jest bardziej miękki niż to sobie wyobrażał. Odkrycia te nie poprawiły mu humoru – był już w najweselszym z możliwych nastrojów od wielu lat – nieprzerwanie, permanentnie. Jego optyka nie obejmowała jakichkolwiek spraw wymagających załamania rąk, pogorszenia nastroju czy też szeroko pojętego „smutku”. Terminy te nie znalazły się w żadnym z dotychczasowych wydań jego prywatnego leksykonu. Natomiast określenia związane z czynnościami na tle seksualnym doczekały się własnego rozdziału – z wyjątkowo nieprzyzwoitym aneksem, spisanym na kolanie owego buzującego testosteronem i estrogenem wieczoru.

Próg pierwszy opowiadanka - pytanie: czy ciągnąć je dalej?...
sobota, 25 kwietnia 2009
Ręka wyciągnięta... nie w próżnię

Czasami warto się zatrzymać, opuścić gardę, ominąć coś, na czym może zależeć, w imię międzyludzkiej solidarności - i zwykłej bezinteresowności. Nie oczekiwać zapłaty, czy też oklasków, które skonsumowałyby trudy improwizacji.

Napięty terminarz zmusił mnie wraz z kolegą z liceum, a teraz uczącym się na wspólnym wydziale, imiennikiem moim Marcinem, do pospiesznego truchtu zatłoczonym i nierównym chodnikiem ul. Świętokrzyskiej w Warszawie. Pół godziny i kawał miasta do przebycia, aż na peryferia ul. Banacha... Pędziliśmy na złamanie karku, kiedy raptownie... wszystko się odmieniło.

Niewidomy mężczyzna poprosił mnie o pomoc.

Ująlem go za rękę i powoli, bez wysiłku, prowadziłem w kierunku metra, dokąd pragnął dojść. Usłyszał naszą rozmowę o Piłsudskim, dołączył swój głos: okazało się, że studiuje dziennikarstwo, był na trzecim roku. Krok po kroku, szliśmy, omijając gęsto rozstawione słupy, prowadząc ożywioną dyskusję o kobietach Komendanta, a czas nieubłaganie płynął.

Spóźniłem się. Dostałem burę, z której, na szczęście, się wykaraskałem. Ale cóż mogła znaczyć nawet najpotworniejsza nagana wobec wewnętrznego szczęścia, które jak balsam, zalało serce?
Przydałem się komuś, kto tego potrzebował. I to się liczy.

Pół roku później chłopak wystąpił w telewizji, niestety, w roli tragicznej. Filip Zagończyk, bo to jemu, jak się okazało, wówczas pomogłem, wpadł pod nadjeżdżający wagon metra w wyniku nieprawidłowo dostosowanej dla potrzeb niepełnosprawnych sygnalizacji braku oznaczeń dla niewidomych..

Śledziłem jego losy z uwagą, od momentu otrzymania tej wstrząsającej wieści, aż po połowicznie szczęśliwy (bo chociaż z amputowaną nogą, to jednak zachowanym życiem) powrót do Polski.

Ta sytuacja pokazuje nam, jakże niedużym kosztem można uczynić nasz świat odrobinę lepszym. „I przysługa niekiedy może być radością, jeżeli z serca, nie z kiesy wynika”, rzec można, mocno trawestując słowa twórcy polskiej szkoły satyrycznej Ignacego Krasickiego.

Co ciekawe, przejawy bezinteresownej, samarytańskiej pomocy można spotkać nie tylko w filiach wielkich organizacji humanitarnych pokroju Caritasu, Czerwonego Krzyża czy zespołu firm założonych pod patronatem nieżyjącego już Marka Kotańskiego. Omnipotencja dobra tkwi w każdym z nas, we mnie, w Tobie, w Twojej rodzinie i przyjaciołach.

Zazwyczaj uwalniana jest w przełomowych momentach dziejowych i służy masowej odtrutce moralnej (ostatni tak silny wybuch zanotowany został po śmierci Jana Pawła II, a objawił się chociażby krótkotrwałym, ale jednak - pojednaniem kibiców wrogich sobie drużyn piłkarskich w Krakowie). Ale niezużyte, a przez to niezbadane pokłady wsparcia dla drugiej osoby spoczywają w każdym człowieku - i czekają na uwolnienie, na czynnik katalizujący.

Bo również i takiej scenki byłem mimowolnym świadkiem.

Wokół mnie typowy śródmiejski kociokwik. Przedzieram się ulicą Świętokrzyską w gęstniejącej ciżbie ludzkiej, a nade mną zwierają się dachy podniszczonych warszawskich budowli, przykryte brezentem ze stygnących kropel, pozostałości po wiosennym dżdżu. Przede mną dumnie kroczą finansiści, studenci, dostojna matrona z wrzeszczącym bachorem w wózku oraz dwóch dresików. Standardowych.

Wtem dostrzegam w oddali starowinkę. Pozornie wygląda normalnie, niczym zwykły przechodzień. A jednak, zauważyłem, że prosi ludzi o pieniążek na zupę. Pokonując dzielący mnie od niej dystans zauważam dysonans w jej ubraniu - płaszcz przykrywał wytarte łachmany...

I któż ją wspomógł? Nie bankierzy, ani nie studenci, również matka z dzieckiem obojętnie przeszła obok. Jeden z dresów atoli nachylił się, wcisnął jej w drżącą lekko dłoń pięć złotych, w dodatku - z uśmiechem. Ze szczerym uśmiechem.

Od tej pory patrzę na tę subkulturę nieco uprzejmiejszym wzrokiem...

niedziela, 12 kwietnia 2009
Dlaczego kocham Tatry

Kocham Tatry za ich nieprzewidywalność. Za ten dreszczyk emocji każdego ranka tuż przed wyjrzeniem przez okno w stronę nieodległych szczytów – będę się dziś na nie wdrapywać czy obejdę się smakiem? A zresztą wysokości względne pozwalają nawet i w brzydkiej aurze szukać pozytywów – niejednokrotnie gruba powała chmur zalegała na piętrze regla górnego, powyżej zaś prażyło przepięknie słońce. O sile wyrazu i urodzie zdjęć wykonanych z wykorzystaniem kontrastu tej wilgotnej otuliny nadmieniać chyba nie muszę (zerknij drogi czytelniku na fotografię „Pośród mgieł Mrocznej Puszczy” Samuela).

Kocham Tatry za ich położenie. Regiony Spiszu, Liptowa i Orawy to prawdziwe tygle kulturowe, z konglomeratem wpływów słowackich, polskich, węgierskich, niemieckich i austriackich. Ludzie tutaj są nie tylko rozmowni, ale i zupełnie nie po ludzku przemili: kelnerka w restauracji zawsze pogłaszcze po włosach, ukradkiem przyniesie dodatkowy smakołyk, kierowca doradzi najlepszy wariant dojazdu (przydatne zwłaszcza, kiedy zgubimy się gdzieś pośród dziesiątków pagórków Niskich Tatr Liptowskich), kontroler w kolejce elektrycznej zrozumie nasz niebywale złożony problem z właściwym skasowaniem biletu; nawet Rumuni, zwarta, choć wyalienowana od rdzennych mieszkańców mniejszość, nie sprawiają kłopotów – a ich spożywcza ki są czynne najdłużej.

Kocham Tatry za ich przyrodę. Za niesiony głębokim echem odległy stukot kopyt w Dolinie Wyżniej Chochołowskiej, zwiastujący chyżo przemieszczający się kierdel kozic. Za odciśnięte w błotku szerokie ślady niedźwiedzia gwarantujące natychmiastowy skok adrenaliny. Za tę rzadką możliwość natknięcia się na lekko zdezorientowanego świstaka, zaskoczonego moim raptownym przybyciem. Za krzyk bielika, krążącego wokół wyłomu gdzieś wysoko nad głowami wchodzących w skałę wspinaczy. Za endemity, których w Tatrach nie brakuje – i które można zbadać empirycznie, nie tylko macając atlas bądź przewodnik Józefa Nyki… Za te niespodzianki, fundowane przez naturę nagradzającą wytrwałość, ale i surowo karzącą każdego, kto się z nią spoufali. Z pewną melancholią przypomina o tym symboliczny cmentarz pod Osterwą, gdzie dusze żywych przemykają wśród kamieni należących do tragicznie zmarłych, którzy szepcą wyrytymi w granicie literami z głębin cieni buczyny: „wolnego, kolego, bez zgubnego pośpiechu…”.

Kocham Tatry za ich spokój, za wszechogarniającą wędrowca melodię ciszy i „mgieł nocnych”, jak to ładnie określił poeta Tetmajer, siedząc sobie nad Czarnym Stawem Gąsiennicowym. Na całym odcinku długiego, często kilkunastokilometrowego szlaku można nie spotkać żywej duszy. Komfort nieskażonej człowiekiem samotności jest największy w Zachodnich Tatrach Słowackich, ale i w Wysokich zdarzała mi się taka sytuacja – zwłaszcza jesienią, chyba najpiękniejszą porą roku w górach. Każde spotkanie z drugą osobą zamienia się w małe święto: rytuał pozdrowienia, pytania o drogę, pogodę, ciekawostki ze szlaku, czasem przeradzające się w dłuższą pogawędkę… nierzadko w wielu językach. Nie zapomnę swojej konwersacji o kwiatkach i śniegu, toczonej z pewną Francuzką tuż ponad nabrzmiałą śniegiem siklawą na zakosie wiodącym do wrót Doliny Wielickiej. Tatry niepostrzeżenie integrują i europeizują…

Kocham Tatry banalnie – za widoki. Za to, że nagroda niemal zawsze jest adekwatna do włożonego w podejście wysiłku, a hektolitry wylanego potu są premiowane chwilami absolutnej satysfakcji. Żmudne podejście od Doliny Kościeliskiej skutkujące wyjściem na widokowy upłaz Ciemniaka, pierwszego z Czerwonych Wierchów, czy też forsowną marszrutę na stok Skrajnego Soliska, by z wierchu popodziwiać szarzejące w promieniach szczyty Szatana, Grani Baszt czy Krywania. Sto pięćdziesiąt metrów biegu po ułożonych stopniami kamykach w cieniu olbrzymiego Gerlacha, by za progiem delektować się powabem prawdziwej, przebogato ukwieconej łąki zwanej Wielickim Ogrodem. Warto nawet przecierpieć znój wyścigu do kolejki do kolejki na Łomnicę – by zastać tam panoramę, którą możecie obejrzeć na dole stronicy. Także nasze polskie Tatry skrywają mnóstwo magicznych miejsc, gdzie czas zatrzymał się na wieki w godzinie młodości.

Zachęcam wszystkich do poszukiwań. Jestem pewien, że Tatry znajdą swoje miejsce w niejednym jeszcze sercu…

czwartek, 05 marca 2009
Góry magiczne

Już od prapoczątków ludzkości, właściwie od kiedy daleki przodek homo sapiens sapiens uzyskał w procesie ewolucji własną tożsamość oraz zdolność wyrażania swoich myśli za pomocą odpowiednio spreparowanych narzędzi, człowiek związał na trwałe swój los z górami.

Strzeliste wierzchołki, przepaściste granie, finezyjnie powyginane stalowo-białymi szponami lodowców turnie inspirowały artystów zarówno doby neolitu, jak i dwudziestowiecznych wirtuozów pióra i pędzla. Rwące strumienie opasujące gęstwiny buczyn i świerczyn dają schronienie wielu gatunkom zwierząt i roślin, częstokroć występującym jedynie tam – na całym świecie.  Tajemnice skrywane przez niezgłębione lasy i strome masywy powoływały do życia fantazyjne, niesamowite stworzenia i dawały pasterzom mieszkającym u ich stóp asumpt do rozwoju lokalnych kultur i wierzeń, niekiedy w całkowitym oderwaniu od obyczajów ich nizinnych kuzynów.

Z tej wielowiekowe spuścizny obficie skorzystali najprzeróżniejszego autoramentu twórcy, gasząc pragnienie we wciąż jeszcze przezroczystych źródłach zachowanych obyczajów i tradycji. Kolejne epoki pęczniały, kwitły i przebrzmiewały, lecz motyw gór pozostawał stale obecny w nurtach literatury i sztuki, piękno i majestat gór pobudzał zmysły i emocje kolejnych pokoleń. Także pisarze kanonu fantastyki nie pozostawali obojętni na uroki dostojnych, naturalnych pejzaży pofałdowanych wszechmocną ręką orogenez. Czerpiąc z symboliki nadawanej im przez autochtonicznych mieszkańców, odwoływali się do powszechnie uznanych wartości, kreowali własną metafizykę, nadawali osobiste bądź historyczne konteksty, tworząc tym samym zupełnie nowe, świeże i na wskroś oryginalne interpretacje.

John Ronald Reuel Tolkien, nie bez kozery zwany „ojcem chrzestnym fantastyki baśniowej”, bezkresne przestrzenie kontynentów zarówno Śródziemia, jak i Amanu szczodrze poprzetykał wieloma łańcuchami górskimi ciągnącymi się poza granice horyzontu, by wspomnieć tylko o Górach Mglistych, Błękitnych, Żelaznych Wzgórzach czy Thangorodrimie. W większości prezentują się one jako okazałe i wyniosłe, lecz jednocześnie niedostępne i nieprzebyte. Oczyma wyobraźni postrzegamy je jako szare, wznoszące się wysoko ponad wyżynami piki, patrzące posępnym wzrokiem na śmiałków, w straceńczym odruchu porywający się na ich zdobywanie. Spory udział w tym miała wizja wyglądu kontynentu zaproponowana przez Petera Jacksona w jego adaptacji filmowej.

Tymczasem Samotna Góra wystaje tylko na wysokość 1400 metrów nad poziom morza. Góry Mgliste, najdłuższe, bo liczące sobie prawie 702 mile rozciągłości, są trzykrotnie wyższe (a więc leciutko wyrastają ponad średnie pod tym względem Pireneje…). Jedynie Thangorodrim może się równać z powszechnie akceptowaną przez nas skalą skrajnej wysokości, mierząc ponad dziesięć tysięcy metrów – znamienne jest, że nie powstał w wyniku procesów orogenezy, a ręką Morgotha, pragnącego zakłócić szlaki wędrówek innych Valarów. Wysokości bezwzględne sprawdzić można na tej stronie. (http://elendili.pl/viewtopic.php?p=111917)

Część z nich wydźwignięta została siłami natury, inne powstały i zostały obrócone w perzynę, jak wspomniano, mocą potężnych istot, areną zmagań których wzniesienia stały się mimowolnie – i pechowo. Taki los spotkał m.in. Amon Sul, pasmo górskie Andramu czy Ered Liun wraz z Beleriandem. Inne zostały wręcz zatopione, jak Ered Gorgoroth i Himring w czasie Wojny Gniewu. Kataklizmy te, zestawione z opisami iście dantejskich scen rozgrywających się podczas decydujących o losach Ardy wydarzeń dodatkowo podkreślają niesamowicie destrukcyjną potęgę walczących stron.

Brytyjski pisarz w swoich powieściach nawiązuje do symboliki biblijnej, sięgając także do podań starogreckich, celtyckich, angielskich i germańskich. Wzorcowym przykładem zapożyczenia z antycznej mitologii rodem z Peloponezu może być motyw przykutego do skał Thangorodrimu Maedhosa, najstarszego z synów Feanora. Podobne katusze cierpiał wszak Prometeusz, obaj zaś swój wyrok zawdzięczają własnej śmiałości i przeciwstawieniu się demiurgom swoich światów. Także fatum Húrina Thaliona, uwięzionego przez Melkora na tronie wykutym w granicie tej góry zaiste przywodzi na myśl męki Tantala, choć w nieco złagodzonej formie. Biblijna apoteoza cierpienia wiodącego do odkupienia i przebaczenia także znalazła swoje odzwierciedlenie w twórczości Tolkiena – mówiąc skrótowo i kolokwialnie: co drugi bohater i bohaterka „Silmarillionu” posiada ten właśnie kod biograficzny.

Góry, siedlisko mocarnych istot i bijące wywierzysko magii, zdają się u Tolkiena rozporządzać czymś w rodzaju ograniczonej świadomości. Podatne na wpływ Sarumana i toczące z nim pewnego rodzaju dialog Góry Mgliste omal nie przyniosły zguby dziewięciu kamratom, wiszącym na skalnych półkach Czerwonego Rogu, okrutnika, jak nazywali go krasnoludowie, czyli Caradhrasu. Taniquetil, siedziba Manwego i Vardy, najwyższa góra Ardy, dzięki swoim wyjątkowym właściwościom obejmowała horyzontem cały świat. Tron Wypatrywania na czubku Amon Hen pozwalał w magiczny sposób obserwować miejsca oddalone o kilkaset mil od wzgórza.

Na szczytach Echoriathu gniazda swoje, Crissaegrim, pobudowały orły pod wodzą Thorondora. W licznych jaskiniach zamieszkiwały orki, nierzadko też przypadkowy pechowiec tracił życie ugodzony wantą zrzuconą przez trolla. W ukrytych w trzewiach masywów korytarzach żyły szkaradne pozostałości po dawnych armiach Melkora: Duchy Ogniste - Balrogowie, potomkinie Ungolianty i Sheloby w Ered Gorgoroth, przez które przeprawił się jedynie Beren, syn Barahira, o goblinach nie wspominając.

Sam Jedyny Pierścień jest bardzo silnie związany z górami – gdyż to w Górze Przeznaczenia został wykuty i tylko tam można było go ostatecznie unicestwić. Tym samym można uznać ją za jeden z wielu symboli najczystszego zła, zaś w trzeciej erze, gdy dzieją się opisywane w trylogii wydarzenia, jest to najczulszy punkt Saurona. W końcu to dzięki mocy Pierścienia Majar nie zginął, a tułał się po świecie w postaci zjawy, mozolnie odbudowując swoje dawne wpływy. Zarazem jednak pozbycie się biżuterii w ogniu paszczy wulkanu było jednocześnie strząśnięciem zła, pewnego rodzaju katharsis. W utworach Tolkiena wszelkie wzmianki o wulkanach zdają się być powiązane z działaniami Nieprzyjaciela. W „Silmarillionie” podziemne ognie są dziedziną Morgotha, dawnego pana Saurona, i wyrzucane są z Gór Żelaznych otaczających jego siedzibę Angband. Morgoth używał ich także, by niweczyć pracę Valarów podczas kształtowania Ardy. Wzgórze Erech było grobowcem nieumarłych dłużników Gondoru, których wezwał do walki Aragorn.

Jednak nie zawsze góry u Tolkiena są manifestacją tępej przemocy. Taniquetil, górujący nad całym światem, jest jednocześnie symbolem zjednoczenia wszystkich ras i gatunków nie tylko ze sobą, ale także z Valarami. Wzgórza Sygnałowe Gondoru były bardzo ważnym systemem obronnym oraz ostrzegawczym, ponadto służyły za olbrzymie telegrafy. To dzięki przytomnej reakcji Pippina możliwe było rozpalenie na nich stosów, a w konsekwencji przyzwanie na pomoc Rohirrimóm z Rohanu, bez wsparcia których Wojna o Pierścień zostałaby niechybnie przegrana.

Jednak nie tylko Tolkien tak wydatnie eksponował rolę gór w historiografii i geografii swojego świata. Także Howard Philips Lovecraft wiązał z nimi niemałe nadzieje, nasycając topografię niemałą ilością pasm i masywów. W opowiadaniu "The Festival" niedaleko miasteczka Arkham znajdowało się wzgórze, na którym wybudowany został kościół. W czeluściach wzgórza odprawiane były rytuały ku czci pradawnych.

Najważniejszym atoli opowiadaniem, z samymi górami w tytule, będzie "At The Moutain of Madness", w którym grupa naukowców z Uniwersytetu Miskatonic wyrusza z wyprawą badawczą na Antarktydę... W nieprzebytym paśmie górskim w ostatecznym rozrachunku nie odnaleźli niczego ponad własne szaleństwa. Dotarli do samego dna życia i zajrzeli w oczy śmierci. Dopiero wówczas dane im było poznać miasta pradawnych w pełnej krasie i we wszystkich aspektach.

W opowiadaniach Lovecrafta wzgórza odgrywają rolę co najmniej estetyczną. W opowiadaniu "The Alchemist" na „wierzchołku wzgórza, którego zbocza i podstawę porastają leśne ostępy z pokrzywionymi, posępnymi drzewami, stoi stare zamczysko (...)”. Jak to bywa u mistrza grozy, warownia skrywa mroczne tajemnice jej mieszkańców. Ogniskuje ich emocje, żądze, pragnienia i wyzwala je w krótkich błyskach nietuzinkowych incydentów.

W "The Transition of Juan Romero", akcja rozgrywa się "u podnóża posępnego pasma Gór Kaktusowych", w kopalni złota, która również skrywa tak wiele zła, na ile pisarz mógł sobie pozwolić w tym tekście. To samo przeznaczenie przypadło w udziale górze Maenalus z opowiadania „The Tree”. "Mówi się, że góra Maenalus jest nawiedzana przez przerażającego Pana, któremu towarzyszą inne, różne upiorne stwory (...)" W kolejnym dziełku: "The Lurking Fear" akcja zawiązuje się i nabiera rozpędu w posiadłości wybudowanej na Górze Gromów.

Jak sami widzimy, zbyt wiele tutaj zbiegów okoliczności, by nie postarać się o wiarygodny i niepośledni komentarz. Lovecraft wykorzystywał w swych opowiadaniach góry, nie jako te nieprzystępne i niezdobyte, a raczej jako "przedsionek piekieł", gdyż w każdym z pasm górskich skryta była ta jedna grota, w której działy się rzeczy makabryczne i przerażające, doprowadzające człowieka do szaleństwa. A jeśli już groza nie rezydowała w górskich czeluściach, to plasowała się z kolei efektownie – na samych wierzchołkach, gdzie z maniackim uporem stawiane były, prawdopodobnie właśnie na zachętę, kaplice, zamki i domy z ich przepastnymi piwnicami.

Terry Pratchett w swojej twórczości, w której zasłużenie największym powodzeniem cieszy się seria „Świata Dysku” umiejscawia góry nieomal w centrum geografii płaskiej przestrzeni ziemskiej niesionej przez cztery słonie stojące na grzbiecie Wielkiego A’Tuina, żółwia. Mowa oczywiście o Lori Celesti, z której, według niektórych podań, codziennie na swoją wędrówkę po nieboskłonie wyrusza jutrzenka.

Pasmem górskim obecnym niemal w każdej powieści angielskiego pisarza są nadzwyczajnie groźne, mroźne i strome Ramtopy. Są magiczne per se, z samej swojej istoty – u ich nasady bulgocze i kipi pierwotna energia nadająca pęd i kierunek wydarzeniom w tej części świata. Nieprzypadkowo to miejsce za teren swojej działalności obrały sobie wiedźmy, ze sławetnymi Babcią Weatherwax oraz Nianią Ogg na czele. Z Lancre i wiosek położonych w Ramtopach pochodziło także wielu nadrektorów Niewidocznego Uniwersytetu, szkoły wyższej dla najbardziej utalentowanych czarodziejów… i Rincewinda.

Wartymi wzmianki na mapie Świata Dysku są także Góry Słońca, stojące na straży Howondalandu, a także potężne pasmo, ciągnące się przez bezkresne wyżyny Klatchistanu. Obie krainy były teatrami, na których Pratchett wystawił jedne ze swoich najlepszych powieści.

Oczywiście pewna doza tajemniczości i mistycyzmu obecna jest w pracach polskich pisarzy fantastyki. Sapkowski lokuje w górach właśnie wiele zapomnianych przez bogów i ludzi istot, które, kompletnie wyobcowane i oddalone od cywilizacji zatraciły więzi społeczne i emocjonalne. Najboleśniej przekonywał się o tym Geralt z Rivii wraz z kompanami, ze szczególnym uwzględnieniem Jaskra i Milvy. Również zaglądając do Piekary, Dukaja, Pilipuka czy Kozak możemy natrafić na trop ukrytych znaczeń gór. Warto przeczytać pozycje wyżej wymienionych autorów, by samem je odkryć.

Fantastyka, prężnie rozwijający się dział literatury, nie jest aliści jedynym, który przypisuje górom pewną symbolikę, znaczenie umowne, które z biegiem czasu zakorzenia się głęboko w umysłach czytelników. To przecież na górze Synaj Mojżesz otrzymuje dekalog, który ogłasza następnie swojemu ludowi.

Góry są obecne we frazeologii („nie przyjdzie Mahomet do góry…”, „góra z górą się nie zejdą” i wielu innych), egzystują w sferze baśni (Waligóra, bohater bajki), mitologii, osadzone są w wierzeniach ludowych (legendy o uśpionym rycerzu we wnętrzu Giewontu, o miejscach, gdzie zahibernowani leżą przyszli zbawcy narodu i ojczyzny).

W polskiej literaturze i sztuce góry występują w dziełach tak kanonicznych jak wielkie dramaty Słowackiego, utwory Mickiewicza, Kasprowicza, Tetmajera, muzyce Karłowicza i Szymanowskiego, obrazach Gersona czy obu Witkiewiczów. W „Kordianie” tytułowy bohater toczy wewnętrzną walkę na czubku najwyższego szczytu Europy, Mont Blanc. „Limba” Asnyka to z kolei liryczny zapis konfrontacji pomiędzy limbą, symbolizującą niezwykłość i wybitną indywidualność, a świerkami, uosabiającymi przeciętność i pospolitość.

Zgoła inną symbolikę odnajdujemy w tekstach takich jak Rozłączenie”, „Na Alpach w Splűgen”, „Góra Kikineis” i „Czatyrdahu” Mickiewicza – on z kolei ulega fascynacji pięknem i dzikością górskiego krajobrazu.

Funkcję terapeutyczną pełnią góry m.in. dla Tetmajera, w znanym skądinąd wierszu „Melodia mgieł nocnych”. Są one dla poety okazją do ucieczki, wyciszenia się i zajrzenia w głąb siebie bez udziału wścibskiego i wszędobylskiego świata.

Góry od dawna fascynowały człowieka. To właśnie on je zdobywał, zagospodarowywał w przestrzeni, uczynił je tematem literatury i sztuki. Góra bywa miarą wyczynów człowieka, który próbuje w najbardziej nieprzyjaznych warunkach zdobyć najwyższy szczyt. Stanowiły one miejsce medytacji, kultu, pielgrzymek. Potężna, niewzruszona masywność góry czyni z niej wyobrażenie stałości, bezruchu, niezłomności, niewzruszoności świata, często jest jego pępkiem, siedzibą bogów, olbrzymów czy też wyśnionym rajem. Dlatego góry mają również znaczenie symboliczne i magiczne zarazem.

wtorek, 03 marca 2009
Kochajmy pospieszać ludzi, tak szybko słuchają...
niedziela, 09 listopada 2008
"Łowcy przygód". Zainspirowane pewnym durnym wstępem do przygody na jednej ze stron
Agghagghrathuiyovallakhestr czuł się niepewnie. Dawno, dawno temu jakiś dziwny stwór przyczepił mu dziwną tabliczkę z dziwnym napisem. Jako że nie umiał czytać, poprosił pierwszą dziwną osobę, która weszła do dziwnego budynku, aby powiedziała mu, co też dziwnego jest tam nagryzmolone.

"Upośledzony umysłowo pracownik krasnoludzkiej księgarni z trójręcznym toporem", usłyszał. I wtedy poczuł się dziwnie dumny. Nie wiedział wprawdzie, czym jest owa dziwna "księgarnia" i po raz pierwszy usłyszał nazwę "topór". Uprzejmy gość wytłumaczył mu, że to jest to "rębu rębu", które chowa za pasem. Agghagghrathuiyovallakhestr uśmiechnął się promiennie, prezentując swój dziwny garnitur zębów złożony z 2,498 egzemplarzy.

Od tej pory starał się być wzorowo upośledzonym umysłowo (skoro to było pierwsze, to znaczy, że chyba najważniejsze, nie?). Codziennie otrzymywał dziwną miskę puddingu od dziwnego, dużego, łysego krasnoluda opatrzonego tabliczką "Sulio, zamknij ten wątek!". W zamian kazano mu wykonywać różne czynności: "stać w miejscu", "stać w kącie", "nie ruszać się", "siedzieć na czterech literach" tudzież "spadać do domu, bo się wkurzę". Agghagghrathuiyovallakhestr starał się realizować je sumiennie. Lubił pudding.

Pewnego dnia jego życie uległo dziwnej i diametralnej odmianie. Dostał "depeszę". Na szczęście księgarz po dłuższym, dziwnym milczeniu powrócił do znajomego mu języka i stwierdził, że w trybie natychmiastowym (i znów te obce słowa!) musi wskoczyć do łodzi i pożeglować na dziwną, nieznaną wyspę. Mają w pamięci fakt, że często był przedstawiany jako "ty chyba z jakiejś dziwnej, nieznanej wyspy pochodzisz, tłumoku!", uznał, że to dobra okazja, by spotkać się z mamusią. Miał też nadzieję, że wreszcie uda mu się zrealizować największe marzenie życia... Zawrzeć związek małżeński z naturalizowaną elfką blondyneczką. Lubił ten dziwny kolor, przypominał mu pudding.

Płynęli już dziwnie długo. Agghagghrathuiyovallakhestr nie wiedział jak długo, ale pewien osobnik imieniem Vinrael odpowiedział mu, że dziwnie długo.

Karmił właśnie wszy na pępku, kiedy okrętem zatrzęsło. Krasnolud stracił przytomność.

Obudził się na dziwnej, nieznanej wyspie.

- Ojej, jestem w domu! - ucieszył się, kamieniejąc dziwnie ze szczęścia.

Skondensowane w jego czaszce dziwne uczucia szukały dróg ujścia, emitując coraz intensywniejsze światło. Agghagghrathuiyovallakhestr zaczął dygotać. Obok niego materializowała się powoli karłowata hipopotamiczka w jasnej, blond peruce...
sobota, 08 listopada 2008
"Tryptyku głupców" ciąg dalszy
No tak, musiałem go spotkać, psia mać. Sześć miliardów ludzi mamy na Ziemi, a to właśnie on musiał się napatoczyć na mnie. I to jeszcze w tym, kacza mać… centrum handlowym z diablej łaski chyba. No, albo z Bożej niełaski… Tak, to nawet bardziej prawdopodobne. Cholera…

Psia mać nazywał się Konstanty i miał niewątpliwą przyjemność (czyniąc ją zarazem moim nieszczęściem) chodzić ze mną do licealnej klasy. Za nieuzasadnione prawo do troglodyckiej egzystencji w moim pobliżu wziął moją własną, może trochę pechowo realistyczną, symulację podpowiedzi podczas rutynowego sprawdzianu z pracy domowej. Mea culpa, mea pulpa. Mać.

I od tego momentu stał się rzepem na moim metaforycznym ogonie. Dziurą w palcie. Gwoździem w oponie. Martwym pikselem na ekranie. Irytującym zwierzakiem naruszającym moją przestrzeń osobistą myślą, mową i uczynkiem. Żyjąc na obrzeżu klasy z oczywistych względów, upatrzył mnie sobie jako, hm… deskę ratunku? Brzytwę tonącego? Boję, rzuconą ze statku pasażerskiego? A może po prostu specjalnie zatruwał mi życie swoją osobą (w już niemal zaczynałem wierzyć)?

Jego życiowym sukcesem było, jak dotąd, zostanie potrąconym przez auto prowadzone ręką pewnej znanej aktorki. Nawiasem mówiąc, pozostałe jego kontakty z samochodami ograniczały się do przebiegania im drogi na co ruchliwszych arteriach miasta.

Nic się nie zmienił w ciągu tych kilku lat. Rzadkie, ucięte tuż pod uszami i nieco króciej na grzywce blond włosy wpadały do wodnistych, wąskich szafirków oczu mimo rozpaczliwych interwencji rzęs i powiek. Błyszczący potem symetryczny owal twarzy, zaczerwieniony lekko niczym kotlet schabowy posypany sproszkowaną papryką, skłaniał się ku mnie całym majestatem wypukłego, haczykowatego orlego nosa; miałem wrażenie, że nie dość dokładnie wytartego.

Jego usta… Dychotomia. Miał usta zupełnie niepasujące do niego; nie wiem, skąd je ukradł. Mięsiste, wydatne, ale z umiarem; zaróżowione jak pupcia niemowlęcia, mięciutkie jak kaczuszka, połysk jedwabiu, tirli tirli, jakie słodziutkie. To mnie fascynowało od pierwszego spotkania, psia jego…

Konstanty skręcił w węższą, odchodzącą od głównej, alejkę.

Pobiegłem za nim co tchu, w rozwianym na wietrze prochowcu, klapiąc drobnymi mokasynami o twardą, granitową posadzkę. Jego bekonowa posturka przybliżała się w rytmie wybijanych kroków. W rozpędzie trafiłem barkiem w jakąś smutną kobiecinę, uginającą się pod ciężarem siatek z zakupami. Nieważne.

Biegłem. I w końcu dobiegłem.

Konstanty odwrócił się do mnie zdziwiony. Z buzi sterczał mu lizak.

Mimo nieodpartej ochoty, nie powitałem go cytatem z Lecha Kaczyńskiego z jednym z jego „dziadów” – wyborców w roli głównej. O nie… Nie dałem po sobie poznać, że się zdyszałem tą przebieżką. Przybrałem dumną pozę i z marsową miną wyrzekłem dumnie:

- A idź się utop.

I odszedłem.

Nie będę zadawać się z plebsem. Psia jego mać…
czwartek, 23 października 2008
Recenzja płyty
A teraz czas na gwóźdź programu, prawdziwy diament w swojej branży. Czy znacie państwo płytę, która byłaby w stanie ukołysać do snu leżącego w wózeczku malucha? A płytę słuchaną codziennie przez – bagatela! – miliony ludzi, wystukujących własnymi stopami podyktowany uprzednio rytm? A może taką, która mimo brudnych plam po ketchupie i rozprysków piwa, wbrew wielokrotnym paskudnym zabrudzeniom części, a nawet całej powierzchni nadal będzie wzorowo spełniać swoją funkcję? Mnie udało się znaleźć takie cudeńko.

Zrecenzować chciałbym najświeższe dzieło produkcji Marbetu, młodego, lecz ambitnego składu rodem z Bochni. Chociaż trudno nazwać ich debiutantami, dopiero teraz zwróciłem baczniejszą uwagę na tych utalentowanych chłopaków z Małopolski, chociaż trzeba przyznać, że nie bez powodu. Ich płyta, rozchodząca się jak ciepłe bułeczki, wnosi powiew świeżości w skostniały ostatnim czasem rodzimy rynek, głównie dzięki walorom artystycznym, ale także solidności samego wykonania.

Ogrodzony od wszędobylskich partaczy, kierujących się w postępowaniu zasadami czystej komercji, wydaje się Marbet impregnowany na rozchwiane trendy oraz sezonowe mody i módki. Dźwięki mają surowy, lekko „betonowy”, jeżeli można tak to wyrazić, charakter, ale są jednoczenie bardzo ciepłe i miłe dla ucha.

Siedem kompozycji różni się delikatnie brzmieniem, ale wynika to, moim zdaniem, z samego układu kawałków. Wśród nich znalazłem zarówno przebojową „wejściówkę”, przez którą każdy przebiegnie z uśmiechem na twarzy, jak i monumentalny, dekoracyjny wręcz twór zadający ważne pytania o słuszność obieranych dróg życiowych, obok którego nikt obojętnie nie przejdzie. Jest także rezultat całkowitej improwizacji twórczej, muszę przyznać, że całkiem udany. Ostatni, elewacyjny w pewnym sensie kawałek, swoim układem zmusza do refleksji i zastanowienia się nad sensem ludzkich kroków i poczynań w dzisiejszym świecie. Zdecydowanie wyróżniłbym Marbet za różnorodność kompozycji, jak również za wysoki poziom wykonania.

Pozytywnie zaskoczyła mnie także różnorodność wydań. Dostępne są trzy warianty wierzchów: żółty, czerwony i brązowy. Do wyboru, do koloru. Nienaganna forma płyty zwraca uwagę i ogniskuje wzrok właśnie na efekcie pracy chłopców z Bochni. Ja sam dałem się skusić i nie żałuję, z czystym sumieniem przeto polecam ją Tobie, drogi czytelniku.

Zapomniałbym powiedzieć – to płyta chodnikowa.

Utwór na dziś: Neil Zaza - I'm Alright
czwartek, 16 października 2008
Metallica - Death Magnetic
Pięć lat wyczekiwania, atmosfera podgrzewana nieustannymi spekulacjami na temat zespołu i aranżacji, zatrudnienie nowego realizatora dźwięku w osobie Ricka Rubina (zajmował się masteringiem m.in. ostatnich dokonań Slayera, odwalając kawał dobrej roboty), dwadzieścia odwyków spędzonych w sympatycznym klimacie twórczym. Tak w bólach porodowych na świat przychodziła nowa płyta legendarnego amerykańskiego kwartetu, uzurpującego sobie samą nazwą prawo do miana bożków metalu.

Metallica obiecywała, że po iście eksperymentalnym (już sam dźwięk werbla i stopy budził niemało kontrowersji i brzmiał niczym stukot podskakujących po nierównościach kółek szpitalnego wózka) „St. Angerze” nowy krążek przyniesie z dawna oczekiwany powrót do surowszych, thrashowych brzmień tak dobrze znanych z pięciu pierwszych płyt i ukochiwanych przez ortodoksyjnych fanów (metallicystów?...).  Co więcej, ponownie zaskwierczeć miały w wielkim stylu solówki, potraktowane po macoszemu w poprzedniczce.

Przedsmak przyszłych wrażeń dać miał epicki pono singiel „The Day Thah Never Comes”. Co ciekawe, niemal udało mu się mnie upewnić w przekonaniu, że „Metallica skończyła się na ‘Kill’em All’”. Pokraczna kalka „One” z elementami żywcem zdartymi z „Fade to Black” nie nastrajała optymistycznie do nadchodzącego wielkimi i głośnymi medialnymi krokami krążka.
Kilka miesięcy i tuzin detoksów później do odtwarzaczy trafiło opatrzone dość cudaczną okładką przedstawiającą magnes w kształcie trumny (chociaż na poświęconych muzyce forach spotkałem się z najprzeróżniejszymi interpretacjami, z przyrównaniem do organów wewnętrznych włącznie, co akurat nie powinno dziwić, zważywszy na bujną wyobraźnię co młodszych metaluchów) cudo o wdzięcznej nazwie „Death Magnetic”.

Klimatyczne, przywodzące na myśl puls bijącego serca intro (skojarzenia reanimacyjne mile widziane?) wprowadziło tajemniczo w rytm pierwszego utworu „That Was Just Your Life”. A dalej już w ucho wpadła typowa, schematyczna metallicowa kompozycja z obfitym tłumieniem strun, harmonią i solowym popisem Kirka Hammetta. Nic specjalnego, można by rzec, że nie budzi większych emocji i mogłoby być spokojnie o dwie minuty krótsze.

„The End of the Line”  potwierdza nieśmiałe przypuszczenia – klimat albumu bardzo wyraźnie nawiązuje do czterech pierwszych płyt, stawiając jednocześnie, jak zaznacza wielu krytyków, pomost między nimi a „Black Albumem”. Konstrukcja utworu przypomina nieco „Creeping Death”, w końcówce jednakże następuje zwolnienie i usilna próba wyrycia tekstu w pamięci słuchaczy (intonacją „the slaves become the master”). Czy udana – czas pokaże.

Perełką jest dla mnie następny kawałek „Broken, Beat & Scarred”. Lekko orientalny riff, rozpędzający się od 60 sekundy i następnie przechodzący w podkład zwrotkowy, jest prawdziwym majstersztykiem i przebłyskiem geniuszu, który przypisywany był Metallice; cały utwór zaś stanowi klasę samą dla siebie i jest najmocniejszym punktem krążka.

I w tym miejscu kilka kolejnych słów krytyki dla „The Day That Never Comes”. Nie mogłem pozbyć się impresji wynoszonych typowo z sal prób: zaiste, brzmi to jak „jam session”, żywcem, po lekkim retuszu, przeniesiona na album. Na dokładkę eksperymenty z częstotliwościami skrajnie niekorzystnie wykoślawiły utwór w zakresie od 10 kHz, co fatalnie rzutuje na ogólne brzmienie (panowie chcieli oddać efekt bycia „na haju”?). Uderzenia stopy, talerzy zwyczajnie męczą ucho zgrzytami i świstami. Być może panowie byli już zniecierpliwieni brakiem szpitalnego personelu i przygrywali sobie dla zabicia czasu?...

„All Nightmare Long” to jeden z najszybszych kawałków na krążku, kojarzący się z epoką „Load/Reload” do pewnego momentu, by później przejść w łupaninkę bliższą pierwszym albumom z nieźle dobranymi riffami, energetycznym solem i stylistyką zbliżoną do thrashu najbardziej obok ostatniego utworu.

„Cyanide” jest natomiast najsłabszym (obiektywnie, według recenzji) kawałkiem obok „Unforgivena III” (subiektywnie, według mnie). Najsłabszym – bo beż żadnych rewelacji, bez jakichkolwiek chęci wyróżnienia tego numeru spośród milionów innych, granych przez metallicopodobne kapelki w garażach. I dodatkowo – ze słabym refrenem oraz graną „na jedno kopyto” i irytującą tym perkusją (zapewne wiele bitów zaprogramowanych w komputerze byłoby oryginalniejszych…).

Całkowitą klapą jest jednakże najnowszy, tradycyjnie balladowy „Unforgiven” w trzeciej już edycji. Estetykę utworu psuje nieprzyjemnie wyjący wokal Hetfielda (uniemożliwiający skoncentrowanie się na tekście) oraz ogólna impotencja twórcza, nachalnie tuszowana instrumentarium rodem z opery (choć trzeba przyznać, że brzmiącym miękko i przyjemnie). Rozumiem, że „chcieć to móc”, ale „co za dużo, to niezdrowo”, prawda? Jedynymi jaśniejszymi punktami jest solo, a także riff grany od 1:36 minuty. Dodatkowy minusik notuje kawałek za brak nominalnego intra, pamiętanego z dwóch poprzednich odsłon „Niewybaczalnego”. Tradycyjnie też dla tego albumu utwory zostały sztucznie przedłużone. Bez  uszczerbku dla wartości artystycznej uciąłbym je o 120-150 sekund.

Z pocałunkiem Judasza - “The Judas Kiss” mam problem. Utwór niby nie wnosi niczego do obrosłej już wieloma wydawnictwami spuścizny zespołu, co nie zmienia faktu, że słucha się go nad podziw przyjemnie i nierzadko wraca właśnie do tego punktu albumu. Łamie także nieformalną konwencję wynikającą z przewag refrenów nad zwrotkami w większości kawałków. Chociaż nieco zbyt rozwlekły (ponad minutę dłuższy od i tak „imponującej” średniej 7:28 albumu), szczególnie gdzieś od piątej minuty, odpowiednio przewijany może posłużyć nawet jako podkład do lektury Biblii.

„Suicide & Redemption”, jedyne w dorobku „Death Magnetic” wykonanie w pełni instrumentalne, to kolejny mocny punkt wydawnictwa. Muzycy połakomili się na nieco bardziej rozbudowaną kompozycję z solówką jako ważną składową, a zagraną nieco w stylu Satrianiego (muzycznego mistrza Hammetta) i Petrucciego (wystarczy sięgnąć po ostatni album „Dream Theater” i doczekać do odpowiedniego punktu „Repentance”, notabene straszliwie nudnego…). Rzecz jasna czuć długość (niemal 10 minut), ale ten zarzut kierowany pod adresem całej płyty nie jest tutaj tak uciążliwy.

„My Apocalypse” to ponownie thrashowa nawalanka (monotonia perkusji Ullricha woła o pomstę do pielęgniarki!), moim zdaniem nieco bez pomysłu, „aby maksymalnie zagęścić stopę” (która zresztą brzmi tam okropnie, jak uderzenie w wybój na drodze…). Takim utworom serdecznie dziękuję i biorę się za następny. Ale tu następnego… nie ma.

W warstwie brzmieniowej najwięcej do zarzucenia mam dynamice i kompresji miksu (ten aspekt współczesnych nagrań to temat na osobny referat) oraz werblowi, łomoczącemu nie dość, że mechanicznie, to jeszcze zbyt głośno w stosunku do reszty zestawu perkusyjnego. Cała płyta została zaś skompresowana stanowczo zbyt mocno, co kompletnie pozbawiło ją jakiejkolwiek dynamiki, a dodatkowo wprowadziło wyraźnie słyszalne, niemiłe przesterowania w środkowym i górnym paśmie charakterystyki (m.in. w trzecim, czwartym, siódmym i ostatnim numerze). Żeby było śmieszniej, wersja zmasterowana na potrzeby gry „Guitar Hero 3” jest znacznie cichsza i… brzmi lepiej (pojawiły się już w sieci petycje w sprawie ponownej obróbki finalnego dźwięku. Efekty poznamy wkrótce). Wpadka to iście amatorska (zwłaszcza, że wydana rok wcześniej „Christ Illusion” Slayera jest tychże wad pozbawiona). Podoba mi się natomiast brzmienie gitar elektrycznych i świetnie słyszalny, głęboki i tłusty bas, mający na „Death Magnetic” niespotykane wcześniej pole do popisu.

Cóż można napisać w podsumowaniu? Dopiero kilka odsłuchań pozwoliło mi docenić w pewnym sensie urok „Death Magnetic”, która dotąd mogła być jakimkolwiek longplayem jakiegokolwiek zespoliku przypadkowo zebranych artystów metalowych. Wyłania się z niej pewien trend szczególnej koncentracji na refrenach kosztem zwrotek, a także niedbałości, jeżeli chodzi o solówki Kirka (mimo talentu osobnik ten uwielbia grać przez dwie minuty pięć dźwięków na krzyż). Większość numerów zaczyna przynudzać gdzieś w okolicy piątej, szóstej minuty, powszechną zaś praktyką ich ratowania stało się wrzucanie solówek niemal na same koniuszki w nadziei, że fani doczekają. Proceder niebezpieczny – tolerancja nawet największych maniaków ma swoje granice, i to dużo węższe niż kiedyś.

Kilka rozwiązań jest dobrych („All Nightmare Long”, „The End of the Line”), jedno wręcz genialne (riff z „Broken…”), kilka całkowicie chybionych (mastering, werbel, „Unforgiven III” oraz “Cyanide”). Nie pozwalają w jednoznaczny sposób zaklasyfikować tej płyty. Dlatego też wnioski końcowe radzę wyciągnąć samemu, oczywiście po wnikliwszym przestudiowaniu tego, co ma do zaoferowania Metallica Anno Domini 2008 – niekoniecznie podczas oczekiwania na zabieg chirurgiczny.

Utwór na dziś: Metallica - Broken, Beat & Scarred
11:20, pikasso_admin , 2. Muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 sierpnia 2008
Śmierć, której nie słychać. A czasem słychać aż za dobrze...

Znalazłem w "Angorze" z tego tygodnia przedrukowany z "Dziennika" artykuł dotyczący infradźwięków. Oto on w całości:

"
Otaczają nas zawsze i wszędzie. Choć nie zdajemy sobie z tego sprawy, wywołują takie odczucia jak senność, apatia, zmęczenie czy lęk. W skrajnych przypadkach mogą spowodować panikę, a nawet śmierć. Mowa o infradźwiękach, czyli dźwiękach o bardzo niskiej częstotliwości.

Choć ludzkie ucho ich nie odbiera, nasz organizm na nie reaguje. Dowód? Każdemu z nas zdarzyło się na pewno przysnąć w pociągu, choć wsiadaliśmy do wagonu wyspani i wypoczęci. Nieraz także odczuwaliśmy podróż jako bardzo męczącą. Winę za takie odczucia ponoszą właśnie infradźwięki. Fale dźwiękowe o częstotliwości 20 Hz są bowiem emitowane nie tylko przez koła toczących się wagonów kolejowych, ale także przez m.in. koła samochodów, śmigła samolotów, turbiny elektrowni wiatrowych, dmuchawy, pralki czy lodówki.

W przyrodzie naturalnymi źródłami silnych infradźwięków są burze, morskie fale, trzęsienia ziemi, górskie lawiny, a nawet porywisty wiatr, choćby halny. Gdy tego rodzaju wiatr pojawia się w górach, policja notuje więcej niż zwykle przestępstw, samobójstw i nieszczęśliwych wypadków. Dzieje się tak, bo halny to nic innego jak wylęgarnia infradźwięków, pod których wpływem ludzki organizm szaleje.

Po raz pierwszy infradźwięki zostały zarejestrowane w 1883 r. podczas gigantycznego wybuchu wulkanu Krakatoa w Indonezji. Ze swych czeluści wulkan wyrzucał wówczas skały ważące po 600 ton, a fale lawy dochodziły do 40 metrów. Śledzący przebieg monstrualnej eksplozji naukowcy zaobserwowali rzecz do tej pory nieznaną. Bardzo czułe barometry zarejestrowały na całym świecie dziwne zmiany ciśnienia. Po wybuchu wystąpiły one w sumie siedmiokrotnie, tak jakby niesłyszalna fala akustyczna kilkukrotnie obiegała ziemię

Zjawisko infradźwięków zaczęto wykorzystywać już w czasie pierwszej wojny światowej. Stosowano je do namierzania artylerii przeciwnika. W latach 60. infradźwięki zaczął szczegółowo badać, pochodzący z Ukrainy, francuski naukowiec Vladimir Gavreau. W swoim laboratorium przeprowadzał szereg eksperymentów, a jego asystenci wiele razy uskarżali się na silne bóle w uszach, choć nie było słychać żadnego dźwięku.

Z racji tego, że infradźwięki doskonale rozchodzą się na setki kilometrów, są one wykorzystywane przez wiele gatunków zwierząt do porozumiewania się. Z takiego kanału komunikacji korzystają m.in. wieloryby, słonie, hipopotamy, nosorożce, aligatory, a nawet... szczury. Te ostatnie zwierzęta od wieków słyną z tego, że w porę uciekają ze statków, bo potrafią przewidzieć nadejście sztormu. Według badaczy szczury nie tyle przewidują, co raczej słyszą zbliżająca się nawałnicę.

Gdy w 2004 r. potężna fala tsunami uderzyła w wybrzeża Południowej Azji, naukowcy zaobserwowali, że kilka godzin wcześniej zagrożone tereny opuściło wiele gatunków zwierząt. Z początku nie skojarzono tego faktu z infradźwiękami. Podejrzewano, że ma to związek z zaburzeniami magnetyzmu.

Także w tym roku, gdy trzęsienie ziemi nawiedziło chińską prowincję Syczuan, ludzie kilka godzin przed tym zdarzeniem uskarżali się na złe samopoczucie i bóle głowy, co wielu badaczy łączy właśnie z pojawieniem się infradźwięków poprzedzających wstrząsy.

Wiadomo, że towarzyszą one też pojawianiu się tornad. Z tego powodu w USA trwają prace nad stworzeniem systemu wczesnego ostrzegania wykorzystującego infradźwięki. Z tego zjawiska akustycznego już w tej chwili korzystają rozmaite wywiady oraz organizacje międzynarodowe, które monitorują, czy któreś z państw nie przeprowadza potajemnych prób nuklearnych.

Uczeni przez lata starali się zbadać, jaki wpływ mają infradźwięki na ludzki organizm. Jeden z takich eksperymentów miał miejsce w Wielkiej Brytanii pięć lat temu. Grupa 700 ochotników miała wysłuchać eksperymentalnego utworu muzycznego. Badani jednak nie wiedzieli, że prócz słyszalnych dźwięków nagranie, które im puszczono, zawierało także infradźwięki o częstotliwości 17 Hz, czyli na granicy słyszalności dla człowieka.

Okazało się, że co czwarta osoba, gdy włączano nagranie z infradźwiękami, odczuwała strach, przygnębienie, smutek, zdenerwowanie, a niektórzy nawet duszności. "Wyniki naszych badań sugerują, że niskie częstotliwości wywołują u ludzi szereg doznań i odczuć, choć świadomie nie są w stanie wychwycić infradźwięków" - stwierdzili w raporcie uczeni.

Do najciekawszych wyników doszedł Vic Tadny z Uniwersytetu w Coventry. Badając wpływ infradźwięków, zauważył, że emitowane dźwięki o częstotliwości 19 Hz sprawiły, iż wielu z jego badanych utrzymywało, że widziało... ducha.

Ochotnicy twierdzili, że zauważali kątem oka nieokreślony szary kształt, a gdy odwracali głowę, kształt ów znikał. Zjawiskiem tym teraz zajmują się neurolodzy, badając, jaki wpływ infradźwięki wywierają na ludzki mózg.

Tandy napisał później książkę "Ghost in the Machine", w której stawia hipotezę, że infradźwięki powstające w konstrukcjach starych budowli mogą odpowiadać za zjawisko "nawiedzonych domów".

Jedno jest jednak pewne. Niektórzy autorzy filmów grozy oraz gier komputerowych już teraz sięgają po infradźwięki, by nas wystraszyć w czasie zabawy.Zagadka statków widm na morzuFale akustyczne o niskiej częstotliwości mogą bowiem wywoływać panikę wśród członków załogi. Przypuszcza się, że w skrajnych przypadkach infradźwięki mogły być także przyczyną panicznej ucieczki ze statków.

Od wieków bowiem znajdowano na morzu opuszczone jednostki. Po dokładnym zbadaniu pokładu okazywało się, że załoga musiała się ewakuować w wielkim pośpiechu, m.in. zostawiając jedzenie na stole, odkręconą wodę w łazience itd. Za tak skrajne reakcje marynarzy mogłyby odpowiadać dźwięki bardzo niskie, bliskie częstotliwości 7 Hz, która dla ludzi może być śmiertelna, bo jest w stanie wywołać m.in. zatrzymanie akcji serca. Jak zbadali uczeni, podczas sztormów mogą powstawać infradźwięki o jeszcze niższej częstotliwości - zaledwie 6 Hz.
"
Nasuwa mi się analogia do tego, co momentami działo się na koncercie. Być może to właśnie infradźwięki odpowiadały za te przedziwne stany, za te lęki, niepokoje, rozedrgane emocje. Głośnik basowy, operując harmonicznymi, mógł wydać dźwięki niższe o oktawę od głównego (zakładając, że zakres przenoszenia miał, powiedzmy, do 10 Hz), tym samym będąc potencjalnym emiterem "dźwiękowej śmierci". Ciekawe.

Utwór na dziś: Metallica - The Day That Never Come (bardzo cienki singiel, ale przesłuchać choćby raz wypadałoby).
piątek, 22 sierpnia 2008
The Strategist
Polecono mi rozwiązać test osobowości oraz inteligencji wielokrotnej na stronie:

http://www.mypersonality.info/.

Wyniki ukształtowały się w ten sposób:
Wynik
Jak widać, procedura przydzieliła mi miano stratega, intelektualisty o szczególnych uzdolnieniach muzycznych oraz indywidualnych (jakkolwiek to przetłumaczyć). Kieruję się ponadto zazwyczaj własną intuicją, ponad uczuciowość przedkładam trzeźwy osąd, a w swoich sądach biorę pod uwagę zarówno własne zdanie w danej kwestii, jak i świat zastany i postrzegany, jak mniemam, w sposób obiektywny i neutralny.

Czytając uzasadnienia wyboru oraz cechy charakterystyczne dla typu osobowości oznaczonej mianem INTJ (Introverted Intuition Thinking Judging) mimo rezerwy, z jaką podchodzę zazwyczaj do tego rodzaju segregatorów psychologicznych, nie mogłem nie zgodzić się z częścią opinii tam zawartych. I tak jestem introspektywną, analityczną i zdeterminowaną osobą z naturalnymi zdolnościami przywódczymi. Twardo stąpam po ziemi, jestem z zasady nieufny. Dzięki talentom organizatorskim i trzeźwemu osądowi jestem w stanie wcielać idee w życie i realizować śmiałe zamierzenia. Oczekuję od siebie perfekcjonizmu i odwagi w kierowaniu zespołem - sprawia mi to przyjemność, dopóki moi współpracownicy odznaczają się kompetencją. Ponadto można mnie uznać za władczego i stanowczego, otwartego, pewnego siebie oraz wierzącego we własny sukces, troskliwego teoretyka i pragmatyka.

Rzeczywistość jest dla mnie planszą szachową, na której, jako gracz, wywieram przemożny wpływ na otoczenie. Wiara w siebie jest często mylona z pospolitą arogancją i wyniosłością; po bliższym poznaniu wszak wrażenie to jest szybko rozwiewane. Kiedy przychodzi czas "burzy mózgów", mam zawsze w zanadrzu kilka pomysłów. Nie owijam w bawełnę - mówię co myślę, nie pateraczę się, nie zwodzę. Podstawą sprawnego działania jest dokładne rozpoznanie czynności, określenie czynności i konsekwentne dążenie do wytyczonego celu. Niezależny indywidualista, jako dowódca wielokrotnie kładę na szali wszystkie możliwości, wybierając najtrafniejszą i kształtując świat podług własnego widzimisię.

Prawda-li to?

Utwór na dziś: Made of Hate - Bullet in Your Head.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16